Trudna obietnica – Erica James

4 gru, 2008 |

Obietnica, dana pod wpływem chwili, miała na zawsze odmienić jej poukładane i doskonale zorganizowane życie. Przeczytaj fragment powieści Trudna Obietnica, Eriki James.

Okładka Trudna Obietnica, autorka Erica JamesWyszli z podjazdu, skręcili w prawo przy skrzynce pocztowej. Harriet trzymała dzieci za ręce. Maszerowali zatłoczoną ulicą, główną ulicą Kings Melford. O tej porze ruch był największy, ale na szczęście nie kierowali się do samego centrum miasta, odległego o niecałą milę.

Zakupy w mieszczącym się na rogu sklepie Edny Gannet wymagały nie lada hartu ducha. Kostyczna niewiasta, która od z górą trzydziestu lat prowadziła Gannet Stores, napawała zgrozą kolejne pokolenia dzieci, bo traktowała je opryskliwie i wyjątkowo nieuprzejmie; zresztą niejeden dorosły też nie czuł się zbyt pewnie w jej obecności. Harriet szukała na półkach produktu, co do którego wcale nie była pewna, że jeszcze istnieje (jednak jeśli można go było gdziekolwiek znaleźć, to właśnie u Edny Gannet). Mimiowolnie przysłuchiwała się jednocześnie skargom jakiegoś starszego pana, który narzekał, że kupiona poprzedniego dnia śmietana była zwarzona. Przesunął słoiczek po kontuarze w stronę Edny. Ta założyła okulary, które zazwyczaj nosiła na szyi, zawieszone na łańcuszku zlepionym taśmą klejącą i stwierdziła:

- Data przydatności do spożycia nie minęła. To znaczy, że wszystko jest w porządku.

Przesunęła słoiczek z powrotem w stronę klienta i zdjęła okulary: powództwo oddalone!

Mężczyzna uchylił palcem folię zakrywającą naczynie.

- Bardzo proszę, gdyby zechciała pani powąchać, sama pani zobaczy…
- A gdyby pan zechciał przechowywać produkty we właściwej temperaturze, nie byłoby całego tego zawracania głowy. Jest środek sierpnia, więc trzeba bardzo uważać, wiadomo. Młody człowieku, może przestałbyś skubać te Jelly Babies!

Harriet zauważyła, że stojący po drugiej stronie przy półkach ze słodyczami Joel omal nie wyskoczył ze skóry. Podeszła do niego.

- Nie zwracaj uwagi na tę smoczycę – mruknęła mu do ucha. – Zieje ogniem tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Tymczasem klient przy kontuarze nie poddawał się.

- Należy mi się zwrot pieniędzy – stwierdził stanowczo.

Harriet zauważyła, że jego wypolerowane półbuty złączone są razem, jakby taka postawa dodawała mu pewności siebie.

Edna Gannet zmierzyła petenta ostrym spojrzeniem zmrużonych oczu, z ramionami skrzyżowanymi na piersi oraz zasznurowanymi ustami.

Mężczyzna odchrząknął.

- Domagam się jedynie tego, do czego mam prawo. Edna oparła się dłońmi o ladę.
- Niech pan posłucha, zrobię to dla pana i wymienię towar. Może być?

Mężczyzna nie był przekonany.

- Wolałbym zwrot pieniędzy.
- A ja wolałabym leżeć na plaży w towarzystwie Seana Connery’ego. Bierzesz pan, czy nie? – Nim mężczyzna zdołał podjąć jakąkolwiek decyzję, Edna sięgała już do lodówki z produktami nabiałowymi. – Proszę – rzekła. – Żeby nie było, że jestem skąpa, daję panu droższą śmietanę i nie domagam się zwrotu różnicy w cenie.

Był już w drzwiach, kiedy się odwrócił. Edna rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

- Co znowu? Zawahał się.
- Hm… tutaj jest termin przydatności do spożycia… mija już jutro.

Edna w charakterystyczny rozciągnęła sposób usta; Harriet wiedziała, że ma to oznaczać uśmiech.

- W takim razie, niech pan szybko zmyka do domu, żeby zdążyć przed upływem daty ważności.

Mężczyzna ostrożnie zamknął za sobą drzwi sklepu. Trzymając rękę na ramieniu Joela, Harriet podeszła do lady.

- Pani Gannet – odezwała się – czy ma pani może… Edna przerwała jej w pół słowa.
- Zaraz wracam. Zgarnęła nieszczęsny słoik ze śmietanką i zniknęła za kurtyną z koralików. Harriet uśmiechnęła się, bo widać było przez nie, jak sprzedawczyni podnosi folię i paskudnie się krzywi, sprawdzając woń podejrzanego produktu.
- Dlaczego ona jest taka niemiła? – spytała Carrie głośnym szeptem. – Zawsze tak gdera, kiedy przychodzimy do niej po zakupy.
- Nie jest niemiła, Carrie, jest uczciwa i szczera. Po prostu, w przeciwieństwie do większości z nas, mówi to, co myśli.
- Ja się jej boję – szepnął Joel.
- Zasada numer jeden, mój drogi: nie daj się nikomu zastraszyć. – Harriet pochyliła się, aby znaleźć się twarzą w twarz z siostrzeńcem. – Chcesz wiedzieć, co robię, kiedy wydaje mi się, że ktoś mógłby wprawić mnie w przerażenie?

Skinął poważnie głową.

- Wyobrażam sobie tego kogoś całkiem bez ubrania. Działa za każdym razem.

Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. Jednak Carrie na głos dała upust swoim odczuciom:
- Fuj! To wstrętne.
- Co jest wstrętne? – Edna spoglądała na nich surowo zza lady.

Harriet zapomniała już, jak bezgłośnie Edna potrafi poruszać się po sklepie. Ojciec stwierdził kiedyś, że Edna jest niczym niewykrywalny bombowiec typu stealth, oddając tym samym hołd zdolnościom właścicielki sklepu w dziedzinie tropienia sklepowych złodziejaszków. Ignorując jej pytanie, Harriet powtórzyła:

- Pani Gannet, czy ma pani może takie duże bloki soli, moja matka kupowała je kiedyś, kiedy… – zawiesiła głos. Miała właśnie powiedzieć „kiedy Felicity i ja byłyśmy małymi dziewczynkami”.
- A po co komu takie bloki soli? – spytała natychmiast Edna.
- Dla dzieci, do rzeźbienia. Michał Anioł używał marmuru, ale ja się zadowolę solą. Znajdzie się coś takiego u pani?
- Już od lat nie sprzedaję bloków soli. W dzisiejszych czasach nie ma na nie zapotrzebowania – i dodała, jako handlowiec z krwi i kości – może smalec by się nadał? Mam tego pełno. Albo margaryna?
- Obawiam się, że raczej nie.
- Jak tam sobie pani życzy. – Sklepikarka wzruszyła ramionami i wyciągnęła z kieszeni fartucha pożółkłą od starości ściereczkę do kurzu, zabierając się za wycieranie słoików z cukierkami na półkach za ladą.

Carrie była teraz przy stojakach z komiksami.
- Kupisz mi ten, proszę?

Edna natychmiast wyczuła możliwość sprzedaży, odwróciła się, chowając ściereczkę do kieszeni.

- Ejże, panienko – zauważyła Harriet – dopiero co kupiłam ci komiks, nie dalej jak wczoraj. Myślisz, że mam drukarnię pieniędzy?

Dostrzegła zacięty wyraz twarzy Carrie. Wiedziała, że dziewczynka nie będzie się napraszać, rozumiała ją całkiem nieźle, bo w gruncie rzeczy były do siebie podobne także i pod względem charakteru… Mała tylko wpatrywała się milcząco w Harriet, spojrzeniem niepokojąco pewnym siebie, jak na osobę w jej wieku. W każdym razie nie była dzieckiem, które zniżyłoby się do próśb czy przymilania.

- To chyba dobrze, że mała ma ochotę czytać, prawda? – wtrąciła Edna. – Z takiego komiksu można się sporo nauczyć. Teraz to już nie te śmieci, które pani czytała w dzieciństwie.

Harriet rzuciła jej ostre spojrzenie. Nie zamierzała poddać się szantażowi emocjonalnemu z czyjejkolwiek strony. No, a zwłaszcza ze strony Edny Gannet.

- Jeśli Carrie chce czytać, to w domu ma do dyspozycji mnóstwo pouczających książek. – Poczuła, że ktoś ciągnie ją za rękaw. – Tak, Joelu? O co chodzi?
- Ja też chcę komiks. Proszę!

Tym razem Harriet dała za wygraną. Wręczyła Ednie pieniądze, a sklepowa nie skrywała kpiącego uśmiechu. Dzieci powiedziały „dziękuję”, a wtedy to straszne babsko położyło na ladzie dwie małe, papierowe torebki. Carrie oraz Joel zajrzeli do nich i niespodziewanie oboje obdarzyli panią Gannet nieśmiałymi, zakłopotanymi uśmiechami. Edna machnęła ręką na wybąkane przez nie podziękowania i nie patrząc w oczy Harriet, mruknęła:

- Takie tam drobiazgi, nic specjalnego… Ot, tak, żeby je czymś zająć. Żeby przestały rozpamiętywać, wie pani.

Choć nie padło już ani słowo, można było wyczuć niewidzialne nici sympatii i współczucia przebiegające w powietrzu. Harriet wyszła ze sklepu, popędzając przed sobą dzieciaki. Znała Ednę od lat i nigdy nie widziała, żeby postąpiła tak sprzecznie ze swą naturą. W obecności Harriet nigdy nawet nie wspomniała o śmierci Felicity, choć przecież w całym sąsiedztwie nie mówiono o niczym innym, a jednak podarowała łakocie dwojgu dzieciom, których właściwie nie znała. Harriet odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, a tak naprawdę – żeby nie rozpłakać się na środku ulicy. Ruszyli do domu; Joel dreptał u jej boku, Carrie biegła z tyłu, usiłując dotrzymać kroku. Zwolnili dopiero na Maple Drive.

Maple Drive była typową podmiejską ślepą uliczką, po obu jej stronach ciągnęły się małe ogródki, w których stały domki o ścianach wykładanych deskami. Rodzice Harriet kupili posiadłość numer dwadzieścia w roku 1969, kiedy na świat miała przyjść Felicity; zaledwie rok później urodziła się Harriet. Zapłacili za dom trzy tysiące, a teraz, jak twierdził jej ojciec, który interesował się takimi rzeczami, był on wart dwieście pięćdziesiąt tysięcy funtów. „Najlepsza inwestycja, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy” – stwierdzał niekiedy z uśmiechem. Harriet przypuszczała, że teraz już przestał tak myśleć. Ów hipotetyczny, materialny zysk był doprawdy bez znaczenia, jeśli wziąć pod uwagę niewyobrażalną stratę, jaką wszyscy ponieśli wraz ze śmiercią Felicity.

Tylko jedna rodzina mieszkała w sąsiedztwie równie długo, jak Swiftowie: doktor Harvey McKendrick ze swoją żoną, Fredą. Zajmowali posesję numer czternaście i Harriet znała ten dom nie gorzej niż dom swoich rodziców. Siostry były mniej więcej w tym samym wieku, co synowie McKendricków, Dominik i Miles, toteż dorastali poniekąd razem. Mijając niedawno odnowiony dom z garażem, w którym jako dziesięciolatka uderzyła Dominika w twarz za to, że pewnego deszczowego, sobotniego popołudnia chciał zobaczyć jej majtki, Harriet szła ze wzrokiem wbitym w płyty chodnika. Freda nigdy nie wychodziła z domu, natomiast z pewnością przyglądała się z jego okien życiu toczącemu się na zewnątrz. Cierpiała na agorafobię, a wszyscy udawali, że nic jej nie dolega. Harriet doprowadzało do szału, gdy przechodzili nad tym do porządku dziennego, traktując jak rzecz najnormalniejszą w świecie fakt, że Freda była zbyt przerażona, żeby choćby wystawić nos za drzwi.

- Dlaczego Harvey nie zrobi czegoś, żeby jej pomóc? – często zadawała to pytanie swojej matce. – Przecież jest lekarzem!
- To wszystko nie jest takie proste – odpowiadała wtedy Eileen.
- Ależ jest – spierała się z nią. – Jeżeli komuś coś dolega, trzeba się leczyć. Najprostsza rzecz na świecie.

Kilka lat temu, kiedy McKendrickowie zaprosili ich na noworoczny koktajl, wypiwszy trochę za dużo kieliszków grzanego wina, powiedziała właśnie coś w tym rodzaju podczas rozmowy z Dominikiem i Milesem. Dominik, który mieszkał w Cambridge i rzadko zaszczycał rodziców swą obecnością, zgodził się z nią. Jednak Miles, mieszkający w pobliskim Maywood, był innego zdania i zasugerował, że być może jego brat powinien spędzać nieco więcej czasu z własną matką, nim zacznie się wypowiadać na ten temat.

Miles i jego ojciec brali udział w pogrzebie Felicity i Jeffa; Freda wyraziła swoje ubolewanie, stwierdzając, że nie może przyjść -co nikogo nie zdziwiło. Dominik nawet nie zadał sobie trudu, żeby przysłać kwiaty albo kartkę z kondolencjami. Harriet nie sądziła, by mogła mu to kiedykolwiek wybaczyć.
Zbliżając się do posesji numer dwadzieścia, Harriet usłyszała terkot kosiarki: to jej ojciec zajął się trawnikiem na tyłach domu. Dźwięk był swojski i kojący, przywodził na myśl jakąś normalną rodzinę, żyjącą swym codziennym życiem.

Szkoda, że było to tylko ulotne wrażenie.

Podobne artykuły

Podziel się na...

2 komentrze/-y. Dołącz do dyskusji!

  1. rennie30

    Doskonale się czyta… Czy ktoś może czytał całość? Warto kupić?

  2. Lutka

    Ja tez uważam, że ciekawie się zapowiada. Nie kupiłam jej jeszcze, bo dziś weszłam i okazało się, że właśnie trwa konkurs i można ją wygrać:) . Spróbuj a nóż widelec nam się uda ją wygrać. Pozdrawiam

Dodaj komentarz!